Vrboska – oaza hippisów na wyspie Królika

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp

Marko studiował geografię, ale potem uległ fascynacji teatrem. Teraz prowadzi eko-farmę na wyspie Hvar i serwuje tam najlepszą lemoniadę na świecie. Pod starą akacją rozmawiamy o hippisowskim życiu z dala od wszystkiego.

Witamy w Attitude Bar

W słoiku kiszą się lalki Barbie w stroju hijab. Słoik zdobi okno zbitego z desek Attitude Bar. Z nieba leje się żar. Na wysuszonej trawie opalają się stare meble, metalowe łóżko i komplet wypoczynkowy. Siedzimy na ławie pod akacją, która prawie nie rzuca cienia. Miejsce wyrwane z kontekstu, całkowicie zaskakujące.

Zaledwie 2 km stąd znajduje się senne miasteczko portowe Vrboska, gdzie łódki kołyszą się w marinie, a w drzewach na nabrzeżu cykady wypełniają falujące powietrze jednostajnym brzmieniem. Dookoła miasteczka, w głąb wyspy, rozciągają się pola uprawne albo opuszczone sady. A podobno Hvar słynie z lawendowych pól – tak mówi skipper, więc uzbrajam się w aparat fotograficzny i sandały wędrowne. Na południowy zachód od miasteczka lawendy nie widać, za to pojawia się dyskoteka o zachęcającej nazwie „Luda koka” i niedaleko za nią – drogowskaz na eko-farmę i obietnica ziołowej lemoniady.

Skręcam w ścieżkę wijącą się między krzakami pomidorów. Miejsce wygląda na opuszczone, więc ze zdziwieniem dostrzegam na końcu ścieżki pochylonego mężczyznę. W podartym t-shirt-cie dogląda roślin, przewiązuje pomidory, trochę jak staruszek prorok w „Piosence o końcu świata” Miłosza. Słomkowy kapelusz z dziurami rzuca nakrapiany słońcem cień na jego opaloną twarz, kiedy odwraca się do mnie uśmiechnięty.

„Moloblacka” lemoniada

Marko to z grubsza 50-letni żwawy mężczyzna. Zaprasza na zaplecze baru, gdzie wprawnymi ruchami wyciska cytryny za pomocą metalowej prasy. Rozglądam się dookoła – w letniej kuchni panuje pozorny, słodki i beztroski chaos. Aromatyczna lemoniada wyjątkowo skutecznie gasi pragnienie w ten gorący dzień. Marko pokazuje krzaki z ziołami i zagony warzywniaka. Siadamy pod akacją. Lody przełamuje nasza zbieżność życiorysów – studia na tym samym kierunku, epizod z teatrem. Kilka wdechów zielonego dymu i Marko ciągnie dalej swoją opowieść. Z fascynacją słucham historii o projektach artystycznych, o teatralnych warsztatach i życiu w Amsterdamie. Potem farma – przez większą część roku on i jego partnerka mieszkają w tej hippisowskiej oazie, utrzymując się z tego, co sami wyhodują i zarobią na ulicach Amsterdamu w sezonie zimowym. Po chwili przynosi psychodeliczną książkę dla dzieci o niedźwiedziu polarnym na wyspie z pixeli.
– Teraz zacząłem tworzyć książki dla dzieci – mówi i podsuwa mi pod nos swoje dzieło.
– Serio? To moje marzenie! Też piszę – odpowiadam spuszczając wzrok, bo moje projekty zalegają w szufladzie.
Niebywałe, że na wyschniętym odludziu, na zadzie królika (patrz mapa) znajduję pokrewną duszę.

Cygańska tancerka i cukinie

Pod drzewami, tuż przy pochylonej chacie, na posłaniu z palet drzemie kobieta. Dopiero teraz ją dostrzegam. Marko tłumaczy, że to tancerka cygańska z Węgier. W efekcie wypadku cierpi na uszkodzony kręgosłup i ma zwichnięty obojczyk. Odpoczywa. Nie mija godzina, kiedy dziewczyna podnosi się z posłania i powoli kołysząc się w lekkim tanecznym kroku, podchodzi do nas. Niesie naręcze cukinii, żółtej i zielonej.
– To prezent dla Ciebie – podaje warzywa i sięga po skręta. Za chwilę na farmie zjawia się grupa przyjaciół.
– Tak tu żyjemy – tłumaczy gospodarz i wzrusza ramionami uśmiechając się jednocześnie.

Przyglądam się, słucham i nie dowierzam. Szybko analizuję moje raczej poukładane życie, w którym czasami czegoś bardzo brakuje, i nagle wszystko staje się trochę jaśniejsze. Jakbym zapominała, że to właśnie jakość przeżywanych chwil ma znaczenie – i one nie kosztują wiele. Obecność, uważność, czułość dla otaczającej przyrody i ludzi. Marko wymienia swoje życiowe potrzeby, za które musi zapłacić pieniędzmi jednym tchem. Wśród nich najważniejsze to opłata za kartę sim i podatek od nieruchomości. Resztę ma za darmo. Słońce, przyjaciół, festiwal muzyki niezależnej, który tworzy, pomysły wpadające do głowy. Wydaje się, że jego wolność nie ma ceny. Zazdroszczę mu i tej pięknej opalonej dziewczynie z uszkodzonymi kręgami – tancerce „gypsy”, która sennym spojrzeniem omiata farmę podając mi dojrzałe cukinie.

Miejsce ludzi prawdziwie wolnych – myślę dopijając lemoniadę i zerkając na słoik z lalkami w burkach. Na mnie pora. Prywatna impreza na farmie się powoli rozkręca. Wracam na łajbę przypominając sobie, że mam wachtę kuchenną. Będzie cukinia w sosie pomidorowym. Wracam powoli, rozmyślając o tym, że oprócz warzyw i zimnego napoju chlupiącego w żołądku niosę w głowie kołtun myśli. Można żyć skromnie ale pełniej, ograniczając przy tym swój wpływ na przekształcenie planety. Można kupować mniej, produkować mniej, doceniać drobiazgi, cieszyć się z tego, co mamy. Banalne? Może i tak. Banał w końcu nie jest zły, jeśli przeistoczy się w slogan.

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *