9 wyjątkowych znajomości w podróży na 9-lecie bloga

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp

To już dziewięć lat odkąd prowadzimy Kartkę z Podróży. Dużo się wydarzyło odkąd spotkało nas trzęsienie ziemi na Nowej Zelandii. Nasza ciekawość świata jednak nadal pcha nas do realizowania coraz to ciekawszych projektów. Zwiedzanie świata nie tylko pozwala nam wypełnić plecak globtrotera bagażem niezapomnianych doświadczeń, zobaczyć na własne oczy osobliwe miejsca, ale także nawiązać wyjątkowe znajomości w podróży. Na dziewięciolecie bloga chcielibyśmy opowiedzieć Wam o osobach, które szczególnie wpłynęły na nas oraz na to, jak postrzegamy świat.

Afgańska dziewczyna z Korytarza Wachańskiego

Kobieca sylwetka wyłania się zza ciężkich, drewnianych drzwi domostwa. Różowa chusta niezdarnie zakrywa gęste włosy i luźno opada na ramiona. Nieśmiały uśmiech pozwala przełamać lody. Wskazuje ręką na przejście i zaprasza do środka. Schylam głowę, żeby nie uderzyć w futrynę i wchodzę na wewnętrzny dziedziniec. Cicho, chłodno i przyjemnie. Gliniane ściany skutecznie chronią od prażącego słońca.

Przechodzimy przez sieć wąskich korytarzy i wychodzimy do ogrodu. Na samym środku rośnie drzewo morelowe, które aż zgina gałęzie do ziemi pod ciężarem dojrzałych owoców. Pojawia się ojciec i każe szybko poczęstować gościa. Zajadamy się, uśmiechając się porozumiewawczo co jakiś czas.

To nic, że nie mówimy w tym samym języku. Przewieszony przez ramię aparat fotograficzny pozwala zrekompensować niezręczną ciszę. Wszyscy domownicy chętnie pozują do zdjęć. Najpierw głowa rodziny, potem gospodyni, a na końcu córki, które aż piszczą z zachwytu, kiedy widzą swoje twarze na wyświetlaczu ciekłokrystalicznym.

Niestety w Afganistanie nie wszędzie jest tak samo jak w Korytarzu Wachańskim, gdzie kobiety aktywnie uczestniczą w życiu społecznym. Są miejsca, gdzie dziewczyna nie wychodzi z domu bez opieki ojca, brata lub męża, a zaczepienie obcego mężczyzny na ulicy może okazać się ujmą na honorze nie tylko dla młodej kobiety, ale i całej rodziny.

Afgański student z Badachszanu

Droga wzdłuż rzeki Pandż miejscami prowadzi przez rozległe hałdy piachu, a czasem wzdłuż krawędzi skalistych zboczy. Na tym nieprzychylnym dla osadnictwa obszarze czasami tak mocno wieje, że tumany kurzu ograniczają widoczność, a piasek trzeszczy między zębami.

Nad wioską Kazi Deh właśnie wzeszło słońce. Rolnicy wychodzą na pola ze szpadlami, żeby udrożnić kanały nawadniające. Kobiety wolnym krokiem zmierzają z inwentarzem na pokryte soczystą trawą zbocza doliny. Siadam na kamieniu przy pooranej koleinami drodze i czekam aż poranne promienie osuszą mi przemoczone nogawki.

– Witaj przyjacielu! – słyszę nad głową łamaną angielszczyznę. Przede mną stoi młody chłopak o kręconych włosach z niedbale zawiązaną afgańską chustą na głowie. Życzliwy uścisk pozwala przełamać lody. – Co tutaj robisz?

– Wracam spod Noszaka – tłumaczę, jakim cudem tutaj dotarłem. – Minęło już kilka tygodni od rozpoczęcia wyprawy. Dzisiaj planuję jechać dalej do Iszkaszim.

– To dobrze się składa, bo też zmierzam w tym kierunku. Niebawem rozpoczynam studia. Możemy pójść razem – zachęca rozentuzjazmowany.

– Zaraz. Jak to iść? – pytam zmieszany, bo bardzo dobrze pamiętam drogę tutaj, którą samochodem pokonaliśmy w kilka godzin.

– Jeżeli wyjdziemy teraz, to powinniśmy być na miejscu przed wieczorem – student spokojnie tłumaczy. Jego seplenienie sugeruje, że nauczył się angielskiego ze słuchu. – Jutro zamierzam dotrzeć do Fajzabadu, a potem dalej w kierunku Mazar-i Szarif – dodaje. Patrzę na niego i nie dowierzam, że z tym małym plecakiem zamierza pokonać lądem pół Afganistanu.

W samej miejscowości Kazi Dej na około sto rodzin przypadają tylko trzy samochody, z czego jeden ma popsute hamulce. Od pokoleń ludzie przemierzają te pustkowia pieszo, dlatego wioski znajdują się dzień marszu od siebie. Transport zmotoryzowany to luksus, na który tylko nieliczni mogą sobie pozwolić. Wielu mieszkańców w ciągu całego swojego życia nawet nie oddaliło się poza granice wioski.

Kobieta w wozie campingowym na Alasce

Tumany kurzu cisną do oczu i nosa, kiedy biały wóz kempingowy zatrzymuje się na poboczu. Za kierownicą siedzi dziarska kobieta w sile wieku, a zza okna wychyla się biały kundel z czarną łatą wokół prawego oka.

– Spokój Snickers! Siadaj na kanapie – mówi stanowczo, ale zarazem czule do swojego towarzysza podróży. – Gdzie was zabrać?

– Przed siebie – odpowiadam zawadiacko i rozsiadam się na przednim fotelu. Amerykanie wiedzą, co to znaczy wygodnie podróżować.

– Świetnie! Mamy dużo czasu – kierowczyni wtóruje. Co jakiś czas kurze łapki wyłaniają się spomiędzy zwichrzonych loków, pokazując, że czas nie jest łaskawy także dla kobiet na Alasce.

– Słyszy się często o dzieciakach malujących palmy na rozklekotanym busie, żeby przemierzać amerykańskie prerie w poszukiwaniu przygody. Nie wyglądasz na taką – zaczynam rozmowę, kiedy akurat mijamy dawną kopalnię złota. – Co tutaj robisz?

– Ten samochód to mój dom. Jedziemy ze Snickersem tam, gdzie nas potrzebują. Niosę pomoc i nadzieję ludziom z uzależnieniami, którzy zabłądzili na drodze życia – opowiada i lekko zdejmuje nogę z gazu, kiedy mijamy jeden z nielicznych patroli policyjnych. – Jedziemy już tak z Nowego Orleanu. Najwięcej wyzwań czeka na nas jednak na Alasce, gdzie niestety problem uzależnień jest ogromny. Wielu żyje tutaj samotnie i nawet nie mają do kogo zwrócić się po pomoc.

– Jeden etnolog z Anchorage powiedział mi, że do niektórych miejsc zamieszkałych przez Indian można dotrzeć tylko łodzią – dopowiadam. – Wspominał też, że mieszkańcy stanu dostają regularnie pieniądze, żeby ułatwić im życie na tych nieprzyjaznych ziemiach. Czy działasz sama, czy reprezentujesz jakąś organizację?

– Niosę ewangelię naszego Pana Jezusa Chrystusa. – Pokazuje sprany napis na koszulce. – Wśród plemion natywnych jest najgorzej. Handel alkoholem kwitnie. Nie służą im ani dieta, ani styl życia narzucony przez kolonistów.

Nadużywanie substancji odurzających i uzależnienie stanowi narastający problemem w całej Alasce, który występuje we wszystkich grupach społeczno-ekonomicznych, etnicznych, kulturowych i wiekowych. Konsekwencje uzależnienia dotykają pojedyncze osoby, rodziny, przyjaciół, sąsiadów i całe społeczności. W 2019 r. oszacowano, że prawie 40 000 dorosłych z Alaski było uzależnionych lub nadużywało alkoholu, a 20 000 narkotyków, co razem stanowi ponad 10% dorosłych mieszkańców stanu. Szacuje się, że około 1300 młodych  mieszkańców Alaski w wieku 12-17 lat wykazuje uzależnienie od alkoholu lub narkotyków.

Nauczyciel muzyki w nepalskich górach

Dziarsko przechodzę przez ostatni strumyk na drodze do bazy. Namiot lekko przysypało śniegiem, zgarbione sylwetki kręcą się wokół kuchni, ktoś kaszlnął. Tutaj w dole nikt nawet się nie zorientował, że zakończyłem właśnie jeden z moich trudniejszych projektów wysokogórskich. Taka specyfika solowego wspinania. Nie ma nawet komu poklepać po ramieniu. Siadam na mokrym kamieniu i aż chce mi się płakać ze szczęścia. Udało się! Sam nie wierzę, że zdołałem wejść solo na Manaslu. Ograniczenia są naprawdę tylko w naszych głowach.

– Co powiesz na mały toast?  – słyszę głos zza pleców. Kątem oka widzę, jak Harald podchodzi z zieloną puszką. Pssst… Wszędzie rozpoznam ten dźwięk. – Twoje zdrowie. Za wejście na tego skutego lodem olbrzyma – wykrzykuje po angielsku z wyraźnym austriackim akcentem i podaje mi mocno schłodzone piwo.

Tego smaku nie da się zapomnieć. Ktoś by powiedział, że zielony Tuborg to jasny lager dla mas i nie ma czym się delektować. Odczucia smakowe to nie tylko to, co czujemy w ustach. To także okoliczności w jakich pijemy.

– To co teraz? – pytam Haralda, bo wiem, że niejednego wspinacza ogarnia uczucie pustki po zrealizowaniu ambitnego projektu wysokogórskiego. Wydaje się, że więcej już się nie da osiągnąć.

– Instrumenty z Austrii powinny już być w Katmandu – himalaista odpowiada rzeczowym tonem. – Za niebawem jadę do jednej górskiej wioski, gdzie będę uczył grać na nich. Tam spędzę całą zimę i mam nadzieję odkryć w młodych Nepalczykach zamiłowanie do muzyki. Nie mają tu lekko. Zdarza się czasami, że osady w górach są odizolowane od świata na wiele tygodni. Będę tam z nimi. W każdym momencie mogą przyjść do szkoły pograć na cymbałkach lub poćwiczyć angielski.

W Nepalu turystyka stanowi główne źródło dochodu. To kraj pięknych gór i wspaniałych ludzi. Mam nadzieję, że rozwój turystyki i działania rządu, żeby zwiększyć z niej przychód, nie zmienią tego. Nie należy zapominać o wpływie nasilenia ruchu turystycznego z jednej strony na bogacenie się społeczeństwa, rozwój infrastruktury, poprawę jakości życia itd., z drugiej zaś na zanieczyszczenie odpadami, rozwarstwienie społeczeństwa, migracje, zmiany kulturowe itd. Aż miło na sercu, kiedy nie wszyscy przyjeżdżają, żeby czerpać, ale także żeby dać małą cząstkę siebie.

Tragarz wysokogórski pod Pikiem Lenina

Po męczącym podejściu do obozu drugiego wreszcie możemy rozwiązać linę i odpocząć w bezpiecznym miejscu. Staram się wyrównać oddech, ale wysokość daje się we znaki. Lodowiec okazał się bardziej wymagający niż zakładaliśmy. Należało zachować szczególną ostrożność, pokonując mostki śnieżne lub trawersując po ośnieżonych stokach.

Po chwili zza śnieżnej zaspy wyłania się sylwetka alpinisty objuczonego tobołkami. Lekki strój zdradza, że aklimatyzację ma już dawno za sobą. Jak to? Idzie sam! Częstuję go gumą rozpuszczalną i zagaduję. „Muszę to wnieść na górę” – pokazuje wypchany plecak. „Idę dalej, bo chcę jeszcze dzisiaj zjechać do bazy” – dość szybko kończy rozmowę. Za każde wniesione dwadzieścia kilogramów do „trójki” tragarz otrzymuje sto pięćdziesiąt dolarów. Pomimo niebezpieczeństw wielu decyduje się podjąć ryzyko.

To właśnie pod Pikiem Lenina miała miejsce jedna z większych tragedii w górach. 13 lipca 1990 roku, kiedy alpiniści chowali się do swoich śpiworów, nikt nie spodziewał się, co miało się niebawem wydarzyć. Tego piątkowego wieczoru małe trzęsienie ziemi wywołało kaskadę wydarzeń, które doprowadziły do prawie natychmiastowej śmierci czterdziestu trzech alpinistów.

Obóz drugi znajduje się na śnieżnym wypłaszczeniu tuż pod południową ścianą Piku Lenina. Drgania spowodowały oderwanie się seraka, który z impetem zapoczątkował lawinę. Momentalnie cały obóz został zmieciony z powierzchni przez zwały lodu i śniegu. Akcja ratunkowa nie przyniosła efektów, gdyż ciała alpinistów zniknęły w szczelinach spękanego lodowca.

Lawiny pod Pikiem Lenina zdarzają się każdego lata. Poza tym na skutek zmian klimatycznych przejście lodowca staje się coraz bardziej niebezpieczne. Wielu alpinistów nie zaraża się tym i każdego lata stara się zmierzyć z jednym z łatwiejszych siedmiotysięczników. Zainteresowanie górą napędza rozwój infrastruktury turystycznej w regionie. Na czas sezonu wspinaczkowego z całego Kirgistanu, a nawet sąsiednich państw dawnego „bloku wschodniego”, zjeżdżają się ludzie, żeby zarobić kilka dolarów. Nierzadko nie mają bladego pojęcia o pracy na znacznych wysokościach i o górskich realiach.

Przewodnik wysokogórski w Sanktuarium Annapurny

Kami Sherpa każdego sezonu opuszcza swoje gospodarstwo położone w regionie Khumbu, aby jako przewodnik wysokogórski zarobić na utrzymanie rodziny w czasie zimy. W regionie pod Everestem mieszka w wiosce usytuowanej na wysokości powyżej trzech tysięcy metrów. W tych trudnych górskich warunkach można uprawiać tylko ziemniaki i trudnić się hodowlą jaków. Przychód z działalności rolniczej wystarcza tylko na zaspokojenie podstawowych potrzeb.

Kami chce wysłać swoje dzieci na nauki do miasta. Wie, że wykształcenie zapewni im godziwe życie. Jako przewodnik wysokogórski może zapewnić przychód na wystarczającym poziomie, jednakże zmusza go to do podróży w inne regiony Nepalu i do separacji z rodziną w sezonie wiosennym i jesiennym. „Nauczanie w prywatnej szkole w Katmandu kosztuje sto pięćdziesiąt dolarów miesięcznie” – żali się trochę trudną sytuacją. „Nie lubię opuszczać mojej żony i dzieci, ale chcę też, żeby mieli wszystkiego pod dostatkiem” – dodaje po chwili.

Praca zarówno przewodnika jak i tragarza wiąże się z dużym ryzykiem. Niestety statystyki pokazują, że tylko w przypadku Mount Everestu jedna trzecia przypadków śmiertelnych to wspinacze z kasty Szerpów. Niektórzy rezygnują z wysokich zarobków, bo rodziny nie mogą pogodzić się z ciągłym stresem. „Kiedyś pracowałem jako tragarz pod Everestem, ale nigdy więcej” – zwierza się Kami. „Te drabinki nad szczelinami na lodowcu Khumbu to najgorsza rzecz, jakiej doświadczyłem” – dodaje i z dezaprobatą kiwa głową.

Na terenie Nepalu znajduje się osiem spośród czternastu ośmiotysięczników. W połączeniu z unikatowym na skalę światową środowiskiem naturalnym tworzy to idealną podstawę pod rozwój turystyki wysokogórskiej. Istnieje ryzyko, że rozwój turystyki i działania rządu, żeby zwiększyć z niej przychód, spowodują nieodwracalne zmiany. Nepalski oficer łącznikowy w bazie dość szczerze powiedział, że dąży się do poprawienia dostępności atrakcyjnych miejsc oraz zachęcenia do przyjazdu jeszcze większej rzeszy turystów. Dotyczy to również ośmiotysięczników.

Można sobie wyobrazić, jak zmalałoby zainteresowanie Mount Everestem, gdyby nie infrastruktura, tragarze, przewodnicy i łatwy dostęp do tlenu z butli. Nie należy zapominać o wpływie nasilenia ruchu turystycznego z jednej strony na bogacenie się społeczeństwa, rozwój infrastruktury, poprawę jakości życia itd. z drugiej zaś na zanieczyszczenie odpadami, rozwarstwienie społeczeństwa, migracje, zmiany kulturowe itd. To w jaki sposób rozwinie się Nepal nie zależy tylko od decyzji rządu, ale również od nas samych.

W tym roku ruch turystyczny został ograniczony z powodu koronawirusa (COVID-19). Według Kathmandu Post Nepal zarabia każdego roku cztery miliony dolarów, wydając same tylko zezwolenia na wspinaczkę na Mount Everest. W sezonie wiosennym najprawdopodobniej nikt nie wejdzie na dach Himalajów.

Kierowca UAZa na pustyni Gobi

Na zakurzony plac przed hotelem robotniczym wjeżdża stary UAZ. Z auta wysiada niewysoki starszy mężczyzna i z wnętrza swojego wiekowego auta wyciąga mapę. Rozkłada ją na masce samochodu i pokazuje trasę przejazdu przez pustynię Gobi. Pan Demberel od lat utrzymuje się z pilotowania wycieczek w tym regionie. Zna tu każdy kamień, każde gospodarstwo nomadów. Wraz z rodziną zamieszkuje przedmieścia Dalanzadgad w tradycyjnym gospodarstwie złożonym z kilku jurt.

Swoje domostwo dzieli z córką i wnuczką, które płynnie mówią po angielsku i to one nauczyły pana Dambe podstawowych zwrotów. Siedzimy na podłodze gościnnej jurty i rozmawiamy o fizyce nuklearnej oraz życiu w tym odległym od cywilizacji miejscu. Wnuczka naszego kierowcy zamierza wyjechać na studia do Europy. W międzyczasie pan Dambe szykuje się do drogi. Za moment wyruszamy do serca pustyni Gobi.

Jedziemy pełną wybojów i kolein nieutwardzoną drogą. Nasz kierowca ostrożnie prowadzi swojego UAZ-a. Obrazy kamienistej półpustyni, skalistych klifów, karłowatej roślinności, czy wysokich zwałów piachu zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Sporadycznie spotykamy pasterzy ze stadem kóz, jeszcze rzadziej mijamy studnię, czy większą osadę. Ruch tarczy słonecznej wydaje się jedynym wyznacznikiem czasu.

Słońce znajduje się prawie w zenicie, kiedy rozległy pustynny krajobraz zmienia się w górskie ostępy. Stary i dzielny UAZ skrzypi i stęka, za każdym razem, gdy pokonujemy przeszkodę terenową. Nagle auto wjeżdża w głębszą dziurę i obraca się wokół własnej osi. Gdy tumany kurzu opadają, nasz zdumiony kierowca wyskakuje z auta by ocenić straty. Okazuje się, że uszkodzeniu uległa przednia oś. Pan Demberel nie ustępuje i jeszcze tej samej nocy samodzielnie naprawia auto. Widząc jego potężne zmęczenie, zapraszamy go, by zamiast spać w aucie, spał z nami w jurcie.

Zapamiętaliśmy pana Demberela jako skrupulatnego i dobrze zorganizowanego mężczyznę. Wszystko w jego aucie miało swoje miejsce: aparat fotograficzny skrzętnie schowany w puszce po herbacie, stara kuchenka gazowa i owinięta taśmą klejącą plastikowa chochla do nalewania herbaty. Jednocześnie nasz kierowca i przewodnik wykazał się niezwykłą zaradnością. Samodzielne naprawił auto gdzieś w sercu tego nieprzychylnego człowiekowi ekosystemu. Poza tym biła od niego życzliwość i spokój. Wzbudzał zaufanie i sympatię, mimo ograniczonej komunikacji. Czuliśmy się z nim bezpiecznie nawet kilkadziesiąt kilometrów od najbliższej wioski nomadów.

Znajomość z panem Dambe i jego rodziną trwa do dziś dzięki mediom społecznościowym. Wiemy, że jego stary UAZ przeszedł na zasłużoną emeryturę, podobnie jak Pan Dambe. Dziś turystów po pustyni wozi młody kuzyn. Cieszymy się, że przeżyliśmy naszą pustynną przygodę właśnie z Panem Dambe i jego zabytkowym autem. To bez wątpienia jedno z najmilszych przeżyć w Mongolii.

Imam nad jeziorem Iriki

Skromna oaza nad jeziorem Iriki. Późną nocą pod nasz riad podjeżdża okutany w szesz i dżelabę mężczyzna. Niesie ciepłe naczynie tajine. Po chwili wszyscy gromadzimy się w jadalni i zasiadamy na dywanie wokół niskiego stołu. W glinianym naczyniu paruje kuskus z jagnięciną.

Patrzymy lekko zdezorientowani, to na sterczące gnaty, to na siebie. Nie chcemy przecież urazić naszego gospodarza, który zachęca nas do jedzenia. W końcu palcami rozdziela mięso między biesiadników. Kim jest mężczyzna, który późną nocą na motorze przywiózł nam jedzenie? To miejscowy imam. Kolację przygotowała jego żona, ponieważ skromne domostwo, które zajmujemy, stoi na codzień niezamieszkałe. Z wdzięcznością przyjmujemy zaproszenie na śniadanie i nazajutrz odwiedzamy imama w jego domu.

Dom imama to klasyczny riad, czyli budynek mieszkalny z niezadaszonym dziedzińcem. Wokół zalanego słońcem podwórka usytułowane są pomieszczenia sypialne i jadalnia. Kuchnia – królestwo żony imama – mieści się na podwórzu pod wiatą z plecionych gałązek. Domy na pustyni są skromnie umeblowane, bo kto targałby niepraktyczne sprzęty, bez których przez wieki można było się obejść. W jadalni znajduje się niski stolik, wokół którego sadowimy się na welurowych materacach. Sterta zapasowych siedzisk piętrzy się pod ścianą na wypadek większej liczby gości.

Na stole natychmiast lądują plastikowe miseczki z kleikiem przyrządzonym na bazie cieciorki albo soczewicy. Ciepła ciecz miło rozgrzewa w ten zimny poranek. Niejednokrotnie słyszę, że Maroko to kraj kontrastów i owa myśl nie dotyczy jedynie dysproporcji społecznych. Silne słońce za dnia ogrzewa, nocą zaś przychodzi mróz. Każdy, kto wyobrażał sobie oazę jako raj pośrodku pustynnego piekła, zdziwi się, słuchając nocą zimnego wiatru, brutalnie wbijającego się w każdą szczelinę kamiennych domów.

Imam wyciąga z kieszeni telefon komórkowy. Pokazuje nam swoje kazania na Youtube. Zadziwiające, że na środku tej pustyni, bez prądu i bieżącej wody oraz innych znanych nam na co dzień wygód, ludzie mają tu łączność ze światem za pośrednictwem Internetu. Imam wyjaśnia, że w swoich kazaniach często porusza kwestie niechęci do innowierców w świecie muzułmańskim. Według niego wszyscy jesteśmy sobie równi. Faktycznie – nie ma znaczenia, czy jesteś wyznawcą Islamu, żydówką, czy niepraktykującym katolikiem – zgromadzeni wokół stołu, w gościnie u imama nie czujemy podziałów. Wszyscy jesteśmy jednakowo głodni.

Starsza pani z Bodnath

Żwawa zasuszona staruszka krząta się między łysymi mnichami. Wciska pomięte banknoty do metalowych misek spoczywających w rękach najstarszych. Pochód mnichów okrąża stupę w ciszy. Od najstarszego do najmłodszego, a na samym końcu biała mniszka w skupieniu drepcze omal nie przydeptując długiej szaty. Dym z kadzideł szczypie w oczy. To miejsce jest bez wątpienia święte.

Podążam za kobietą, która jeszcze przed chwilą wciskała banknoty buddyjskim mnichom. Teraz przegarnia tlący się popiół kadzidła. Za chwilę odnajdę ją przy kramie ze zniczami. Czas odcisnął na jej twarzy głębokie bruzdy, ale jej ruchy są energiczne i zdecydowane. Zupełnie nie zwraca na mnie uwagi, kiedy zaczajam się z aparatem. Niezależnie od pory dnia miejsce nawiedzają rzesze starszych ludzi. Mają czas na modlitwę. Każdy przyszedł tu o coś prosić, lub dziękować. Najwięcej buddystów gromadzi się wokół stupy wcześnie rano, tuż po wschodzie słońca.

Bodnath uważa się za jedną najważniejszych buddyjskich świątyń. Stanowi miejsce pielgrzymek buddystów nie tylko z okolic Katmandu, ale również z całego świata. Stupa, znajdująca się w centralnym punkcie, zdecydowanie dominuje w krajobrazie. Dawniej prowadził tędy starożytny szlak handlowy z Tybetu. Kupcy tybetańscy odpoczywali i odmawiali tu modlitwy przez wiele stuleci. Kiedy w latach 50. ubiegłego wieku uchodźcy przybyli do Nepalu z Tybetu, wielu zdecydowało się zamieszkać w okolicach Bodnath. Współcześnie miejsce otacza gęsta zabudowa poprzecinana siecią wąskich uliczek.

Całą Europę sparaliżowała pandemia koronawirusa. Siedzimy w domach i tylko sprawdzamy, jak liczba zachorowań rośnie w sposób wykładniczy. Zamiast planować kolejną podróż, zastanawiamy się, czy mamy zapas papieru toaletowego i makaronu. Na szczęście nawiązane wcześniej znajomości w podróży mogą przetrwać latami, dlatego napiszmy maila z pytaniem „Co słychać?”. Nawet świat zza komputera wydaje się na wyciągnięcie ręki.

Niestety trudno powiedzieć, co nas czeka za kilka tygodni, ale jedno jest pewne: świat już nie będzie taki sam jak wcześniej. Dlatego jeśli masz coś zrobić jutro, zrób to dzisiaj, bo jutro możesz nie mieć okazji, jeżeli chcesz powiedzieć bliskim coś ważnego, zrób to teraz, jeżeli chcesz odświeżyć dawne znajomości z podróży, nie zwlekaj ani chwili.

Komentarze

8 Responses

  1. Ależ piękne historie i piękne osobowości! Porządnie mnie wzruszyłeś tym tekstem, sama właśnie wspominam te wszystkie osoby, które stały mi się tak bliskie podczas podróży 🙂

  2. Extra wpis! I gratulacje 9-lecia bloga 😉 To wlasnie nowe twarze, nowe zanajomosci i nowe doswiadczenia sprawiaja ze podrozowanie jest tak uzalezniające 🙂

  3. Wspaniałe historie! Czytając Twój tekst przypominałam sobie również tych wszystkich ciekawych ludzi napotkanych przez nas w podróży. Rzeczywiście, świat po tej pandemii już nie będzie taki sam – przynajmniej przez jakiś czas, ale mimo wszystko mam nadzieję, że będzie nam dane poznać jeszcze wiele inspirujących osób podczas kolejnych podróży.

    1. Ja sobie powtarzam, że góry były długo przed nami i będą jeszcze przez tysiąclecia. Mam nadzieję, że za kilka tygodni będziemy mogli znowu eksplorować doliny i zdobywać szczyty, zamiast przeglądać zdjęcia z dawnych wyjazdów.

  4. Tak!
    Podroze to ludzie, ktorych spotykamy na swojej drodze zycia…
    Obecnie nawet wycieczka do sklepu czy parku sprawia ogromna radosc.
    Wymiana spojrzen i kilku zdan wydaja sie wazniejsze niz upolowany papier toaletowy.

    Gratulajcje dla Kartki z podrozy i jej autorow!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *