Chodź ze mną w Gorce

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp

Słupek na termometrze niepokojąco zbliża się do 40. Rozgrzany asfalt ugina się pod stopami i pewnie zaraz popłynie ulicą jak stygnąca lawa. Nadchodzi upragniony weekend i w głowie kiełkuje świdrująca myśl, że czas zmienić otoczenie. Z radia dochodzą niepokojące wieści o kolejkach na tatrzańskich ceprostradach. Nad morze nie po drodze, bo przecież mieszkałam nad Bałtykiem ostatnie 7 lat. Mazury? Też nie. Wewnętrzny kompas kieruje mnie na południe – Gorce – moje niedawne odkrycie geograficzne, które tego lata odwiedzam dwukrotnie. Co mnie tam ciągnie?

Niższe od Bieszczadzkich połonin, nie tak zjawiskowe jak skaliste Tatry; przez to mniej popularne. Może właśnie to? Cisza i spokój, mały ruch na szlakach, dzikość i piękno natury, gdzie obowiązkowo należy wyłączyć telefon i zapomnieć o troskach codzienności – po prostu wrzucić na luz.

Jakie są Gorce? Władysław Orkan – młodopolski pisarz i poeta urodzony w Porębie Wielkiej – pisał o nich tak:

Naprzeciw Tatr, między doliną nowotarską a wężowatą, kotliną Raby, wspięło się gniazdo dzikich Gorców. Od romantycznych Pienin odciął je wartki kamieniecki potok, a od spiskiej krainy odgraniczył je falami bystry Dunajec.

Samotnie stoją nad wzgórzami. A wyżej jeszcze nosi głowę ociec ich rodu, zasępiony Turbacz. Nie wiadomo, kto go ochrzcił i skąd mu to miano. Może stąd, że turbanem mgły przed deszczem owija łysą głowę albo raczej, że widywano go zawsze w turbacji wiecznej. (…)

Ho! Drzewiej! Drzewiej!… Nasłuchał się Turbacz trąb wojennych; jeszcze mu do dziś dnia powietrzem grają, kiedy ociec wiatru, wiatr halny przyjdzie w odwiedziny. On je pamięta dobrze. Było to wtedy, kiedy stary Turbacz synom sprawił wesele; kiedy Turbaczyk pojął Kopę, a Obidowiec zapatrzył się nań i sięgnął po Obidowę. Wiatr muzykę sprowadził, niedźwiedzie tańczyły, a po groniach paliły się ogniste wici… Byli tu goście, jakich potem nie widywano – olbrzymy o płonących głowach, straszyciele…

— Władysław Orkan – W Roztokach, Tom 1.

Jeśli zieleń ma swój zapach, to jest to woń roślin porastających dolinę Kamienickiego Potoku. Wilgotny i wonny gąszcz kipi obfitością. Tu powietrze nie tylko pachnie ale też smakuje inaczej, przynosi miłe orzeźwienie dla zmysłów otępionych oparami asfaltu. Od lasu czuć wyraźny chłód; wszak wilgoć zatrzymywana przez rośliny nagrzewa się wolniej a parasol liści tworzy naturalną barierę przed palącym słońcem. A zamiast płyt chodnikowych – ścieżka, w której zielonościach brodzę po same kolana.

Słońce chyli się ku zachodowi i jego ostatnie promienie przedzierają się przez kontur świerków. Wyschnięte źdźbła traw żarzą się w wieczornym świetle tak, jakby miały za chwilę zapłonąć. Koniki polne dają asynchroniczny koncert zagłuszający myśli o codzienności.

W takiej scenerii na ławie nakrytej apaszką posiłek z chleba i sera wydaje się ucztą po stokroć bardziej wykwintną niż kolacja w snobistycznej restauracji z rankingu Michelin. Czas wyraźnie zwalnia.

Podczas gdy domy wypoczynkowe i hotele pękają w szwach, izbica pasterskiego szałasu na polanie Podskały stoi pusta. Ślad po ognisku i uklepana gleba, kilka desek pod sufitem – to wszystko składa się na wyposażenie skromnej chaty. Paradoksalnie – ascetyczne warunki panujące w szałasie są dla mnie luksusem. Przytulam się do śpiwora i wpatruję w ciemniejące niebo, aż pojawiają się na nim gwiazdy. Długo nie mogę zasnąć zasłuchana w cichnące dźwięki wieczoru – „cyt cyt” koników polnych i trzeszczący szałas nadmuchiwany przez szpary wzmagającym się wiatrem.

Mrokiem zasnute lasy dyszą —
Rżą łany świerszczów srebrnem graniem —
Różową błogosławion ciszą,
Gaśnie dzień, szczęsny dokonaniem;

— Fragment wiersza „Wieczorem” – W. Orkan

Tuż nad ranem w szerokim wejściu do izbicy pokazuje się widok jak z płótna impresjonistów. Pomarańczowa zorza zwiastuje dzień. Chwilę potem zamiast budzika ciepłe słońce przerwie sen wdzierając się pod powieki. Na śniadanie – garść jagód. Pochylona sylwetka Jagodowej Kobiety w kapelutku prostuje się i pozdrawia życzliwie zagadując o pogodzie.

Czasami trzeba poczuć wyraźną odmianę , żeby odpocząć od codzienności i uwierzcie mi – nie musi to być wyprawa w odległą krainę, ani wczasy last minute. Cicha zaduma przy krzyżach na Gorcu Troszackim, nocleg w szałasie, skromne śniadanie na polanie z widokiem na Tatry… Nie potrzebuję więcej ale odchodzę z lekkim niedosytem. Wyobrażam sobie, że kwitnące kłosy traw to sierść ciepłego zwierzęcia drzemiącego w postaci gorczańskich wzgórz. Głaszczę ich trawiaste futro spodem dłoni w czułym geście pożegnania obiecując im w duchu, że wrócę jesienią.

Zobacz także

Komentarze

8 Responses

  1. Jak cudnie przypomnieć sobie Gorce. Dziękuję! Wracam tam wciąż. Byłam ostatnio we 09/2014 to już 4 raz. Na Polanie Długiej mogła bym siedzieć wiecznie :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *