Chodź ze mną w Gorce

Słupek na termometrze niepokojąco zbliża się do 40. Rozgrzany asfalt ugina się pod stopami i pewnie zaraz popłynie ulicą jak stygnąca lawa. Nadchodzi upragniony weekend i w głowie kiełkuje świdrująca myśl, że czas zmienić otoczenie. Z radia dochodzą niepokojące wieści o kolejkach na tatrzańskich ceprostradach. Nad morze nie po drodze, bo przecież mieszkałam nad Bałtykiem ostatnie 7 lat. Mazury? Też nie. Wewnętrzny kompas kieruje mnie na południe – Gorce – moje niedawne odkrycie geograficzne, które tego lata odwiedzam dwukrotnie. Co mnie tam ciągnie?

Niższe od Bieszczadzkich połonin, nie tak zjawiskowe jak skaliste Tatry; przez to mniej popularne. Może właśnie to? Cisza i spokój, mały ruch na szlakach, dzikość i piękno natury, gdzie obowiązkowo należy wyłączyć telefon i zapomnieć o troskach codzienności – po prostu wrzucić na luz.

Jakie są Gorce? Władysław Orkan – młodopolski pisarz i poeta urodzony w Porębie Wielkiej – pisał o nich tak:

Naprzeciw Tatr, między doliną nowotarską a wężowatą, kotliną Raby, wspięło się gniazdo dzikich Gorców. Od romantycznych Pienin odciął je wartki kamieniecki potok, a od spiskiej krainy odgraniczył je falami bystry Dunajec.

Samotnie stoją nad wzgórzami. A wyżej jeszcze nosi głowę ociec ich rodu, zasępiony Turbacz. Nie wiadomo, kto go ochrzcił i skąd mu to miano. Może stąd, że turbanem mgły przed deszczem owija łysą głowę albo raczej, że widywano go zawsze w turbacji wiecznej. (…)

Ho! Drzewiej! Drzewiej!… Nasłuchał się Turbacz trąb wojennych; jeszcze mu do dziś dnia powietrzem grają, kiedy ociec wiatru, wiatr halny przyjdzie w odwiedziny. On je pamięta dobrze. Było to wtedy, kiedy stary Turbacz synom sprawił wesele; kiedy Turbaczyk pojął Kopę, a Obidowiec zapatrzył się nań i sięgnął po Obidowę. Wiatr muzykę sprowadził, niedźwiedzie tańczyły, a po groniach paliły się ogniste wici… Byli tu goście, jakich potem nie widywano – olbrzymy o płonących głowach, straszyciele…

— Władysław Orkan – W Roztokach, Tom 1.

Jeśli zieleń ma swój zapach, to jest to woń roślin porastających dolinę Kamienickiego Potoku. Wilgotny i wonny gąszcz kipi obfitością. Tu powietrze nie tylko pachnie ale też smakuje inaczej, przynosi miłe orzeźwienie dla zmysłów otępionych oparami asfaltu. Od lasu czuć wyraźny chłód; wszak wilgoć zatrzymywana przez rośliny nagrzewa się wolniej a parasol liści tworzy naturalną barierę przed palącym słońcem. A zamiast płyt chodnikowych – ścieżka, w której zielonościach brodzę po same kolana.

Słońce chyli się ku zachodowi i jego ostatnie promienie przedzierają się przez kontur świerków. Wyschnięte źdźbła traw żarzą się w wieczornym świetle tak, jakby miały za chwilę zapłonąć. Koniki polne dają asynchroniczny koncert zagłuszający myśli o codzienności.

W takiej scenerii na ławie nakrytej apaszką posiłek z chleba i sera wydaje się ucztą po stokroć bardziej wykwintną niż kolacja w snobistycznej restauracji z rankingu Michelin. Czas wyraźnie zwalnia.

Podczas gdy domy wypoczynkowe i hotele pękają w szwach, izbica pasterskiego szałasu na polanie Podskały stoi pusta. Ślad po ognisku i uklepana gleba, kilka desek pod sufitem – to wszystko składa się na wyposażenie skromnej chaty. Paradoksalnie – ascetyczne warunki panujące w szałasie są dla mnie luksusem. Przytulam się do śpiwora i wpatruję w ciemniejące niebo, aż pojawiają się na nim gwiazdy. Długo nie mogę zasnąć zasłuchana w cichnące dźwięki wieczoru – „cyt cyt” koników polnych i trzeszczący szałas nadmuchiwany przez szpary wzmagającym się wiatrem.

Mrokiem zasnute lasy dyszą —
Rżą łany świerszczów srebrnem graniem —
Różową błogosławion ciszą,
Gaśnie dzień, szczęsny dokonaniem;

— Fragment wiersza „Wieczorem” – W. Orkan

Tuż nad ranem w szerokim wejściu do izbicy pokazuje się widok jak z płótna impresjonistów. Pomarańczowa zorza zwiastuje dzień. Chwilę potem zamiast budzika ciepłe słońce przerwie sen wdzierając się pod powieki. Na śniadanie – garść jagód. Pochylona sylwetka Jagodowej Kobiety w kapelutku prostuje się i pozdrawia życzliwie zagadując o pogodzie.

Czasami trzeba poczuć wyraźną odmianę , żeby odpocząć od codzienności i uwierzcie mi – nie musi to być wyprawa w odległą krainę, ani wczasy last minute. Cicha zaduma przy krzyżach na Gorcu Troszackim, nocleg w szałasie, skromne śniadanie na polanie z widokiem na Tatry… Nie potrzebuję więcej ale odchodzę z lekkim niedosytem. Wyobrażam sobie, że kwitnące kłosy traw to sierść ciepłego zwierzęcia drzemiącego w postaci gorczańskich wzgórz. Głaszczę ich trawiaste futro spodem dłoni w czułym geście pożegnania obiecując im w duchu, że wrócę jesienią.

Zobacz także

Komentarze

9 odpowiedzi

  1. Jak cudnie przypomnieć sobie Gorce. Dziękuję! Wracam tam wciąż. Byłam ostatnio we 09/2014 to już 4 raz. Na Polanie Długiej mogła bym siedzieć wiecznie :).

  2. Wciąż odkrywam że Polska jest piękna.Łany dzikich różnokolorowych roślin i piękna zwyczajna niby zieleń traw.Piękne zielone góry.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.