X
Nowa Zelandia, relacje

Błogostan nad Jeziorem Brunner

12 marca 2011 0

Nocleg w samochodzie nie należał do przyjemnych. Zmarzliśmy okrutnie, a fotele wcale nie były wygodniejsze niż mata. Zanim słońce zdążyło wypełznąć zza pagórków i ogrzać plażę, byliśmy już po spacerze. Szybkie śniadanie złożone z ciasteczek i „rozgazowanej” coli, ostatnie spojrzenie za siebie i w drogę – nad Jezioro Brunner.Gdy podróżuję, nie lubię  się spieszyć. Styl zwiedzania zza szyby autokaru i turystyczna zadyszka to nie dla mnie.  Nic też nie gnało nas do Christchurch, ponieważ najprawdopodobniej w domu nie było wody ani prądu. Możliwość swobodnego zarządzania czasem postanowiliśmy wykorzystać nad Jeziorem Brunner i zostać tam tak długo jak chcemy. Łukasza kusił wznoszący się nad jeziorem pagórek. Ja wiedziałam, że jeśli jezioro, to nie trekking, lecz lenistwo, piknik, książka… jednym słowem błogostan.

Kartka-z-Podrozy-Nowa-Zelandia-026

Jedyny kemping znajdujący się w okolicy odstraszył nas swoją  formą – namiot przy namiocie, wąskie kąpielisko, pełno campervanów. W poszukiwaniu mniej zagospodarowanych miejsc i trafiliśmy na coś w rodzaju wykoszonej polany i ogólno-dostępnego kąpieliska. Słoneczna pogoda przyciągnęła turystów i mieszkańców okolicznych wiosek na weekendowy wypoczynek, ale nie było tłumów. Zignorowaliśmy znak zakazujący biwakowania i znaleźliśmy maleńką, piaszczystą  plażę odgrodzoną od reszty świata drzewami, których korzenie wrastały w jezioro.

Kartka-z-Podrozy-Nowa-Zelandia-027

Mata rozłożona na ciepłym piasku, książka i… sandflies – małe krwiożercze muszki, rekompensata za brak komarów. Nic nie było jednak w stanie zepsuć dobrego nastroju. Przymknęłam nawet ucho na ryczące silniki łodzi motorowych. W końcu kiedyś musi się im skończyć paliwo. Po bezsennej nocy w aucie plaża nad Jeziorem Brunner wydawała się być rajem.

Kartka-z-Podrozy-Nowa-Zelandia-028

Cały dzień spędziliśmy na słodkim i beztroskim „nic-nierobieniu”. Martwiła nas jedynie psująca się zawartość naszego bagażnika. Jak wcześniej pisałam, zabraliśmy wszystko z mieszkania, łącznie z jedzeniem. Żadne z nas nie toleruje wyrzucania jedzenia, dlatego niczym Robert Makłowicz sprawiliśmy prowizoryczne stanowisko kuchenne i stworzyliśmy coś na kształt sałatki, składającej się z gotowanych na twardo jaj (11 sztuk), pomidorów, sałaty, ser żółtego, dressingu, oliwy, cebuli i tego, co znalazło się pod ręką.
Zasypialiśmy w namiocie, szczęśliwi, wsłuchani w szumiące fale rozkołysanego jeziora, by rano zastać je gładkim jak lustro. Rano wyruszyliśmy dalej w kierunku Lewi’s Pass, nie mając zielonego pojęcia, co będziemy robić tego dnia.

Przeczytaj też...

0

Jest 0 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *