Błogostan nad Jeziorem Brunner

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp

Nocleg w samochodzie nie należał do przyjemnych. Zmarzliśmy okrutnie, a fotele wcale nie były wygodniejsze niż mata. Zanim słońce zdążyło wypełznąć zza pagórków i ogrzać plażę, byliśmy już po spacerze. Szybkie śniadanie złożone z ciasteczek i „rozgazowanej” coli, ostatnie spojrzenie za siebie i w drogę – nad Jezioro Brunner. Gdy podróżuję, nie lubię  się spieszyć. Styl zwiedzania zza szyby autokaru i turystyczna zadyszka to nie dla mnie.  Nic też nie gnało nas do Christchurch, ponieważ najprawdopodobniej w domu nie było wody ani prądu. Możliwość swobodnego zarządzania czasem postanowiliśmy wykorzystać nad Jeziorem Brunner i zostać tam tak długo jak chcemy. Łukasza kusił wznoszący się nad jeziorem pagórek. Ja wiedziałam, że jeśli jezioro, to nie trekking, lecz lenistwo, piknik, książka… jednym słowem błogostan.

Jedyny kemping znajdujący się w okolicy odstraszył nas swoją  formą – namiot przy namiocie, wąskie kąpielisko, pełno campervanów. W poszukiwaniu mniej zagospodarowanych miejsc i trafiliśmy na coś w rodzaju wykoszonej polany i ogólno-dostępnego kąpieliska. Słoneczna pogoda przyciągnęła turystów i mieszkańców okolicznych wiosek na weekendowy wypoczynek, ale nie było tłumów. Zignorowaliśmy znak zakazujący biwakowania i znaleźliśmy maleńką, piaszczystą  plażę odgrodzoną od reszty świata drzewami, których korzenie wrastały w jezioro.

Mata rozłożona na ciepłym piasku, książka i… sandflies – małe krwiożercze muszki, rekompensata za brak komarów. Nic nie było jednak w stanie zepsuć dobrego nastroju. Przymknęłam nawet ucho na ryczące silniki łodzi motorowych. W końcu kiedyś musi się im skończyć paliwo. Po bezsennej nocy w aucie plaża nad Jeziorem Brunner wydawała się być rajem.

Cały dzień spędziliśmy na słodkim i beztroskim „nic-nierobieniu”. Martwiła nas jedynie psująca się zawartość naszego bagażnika. Jak wcześniej pisałam, zabraliśmy wszystko z mieszkania, łącznie z jedzeniem. Żadne z nas nie toleruje wyrzucania jedzenia, dlatego niczym Robert Makłowicz sprawiliśmy prowizoryczne stanowisko kuchenne i stworzyliśmy coś na kształt sałatki, składającej się z gotowanych na twardo jaj (11 sztuk), pomidorów, sałaty, ser żółtego, dressingu, oliwy, cebuli i tego, co znalazło się pod ręką.
Zasypialiśmy w namiocie, szczęśliwi, wsłuchani w szumiące fale rozkołysanego jeziora, by rano zastać je gładkim jak lustro. Rano wyruszyliśmy dalej w kierunku Lewi’s Pass, nie mając zielonego pojęcia, co będziemy robić tego dnia.

Komentarze

Jedna odpowiedź

  1. n.z. 90% kraju nie ma zasiegu. zasieg tylko w miastach i na glównych drogach. czasem trzeba przejechac 100 km zeby miec zasieg. leje. nie mozna WOGÓLE wysiadac z auta bo meszki. zawsze i wszedzie. leje. nazi department of tourism zabrania wszystkiego, wszedzie. spanie na dziko to bullshit – albo masa niemców, albo o 6tej rano przychodzi nazi i daje mandat. leje. depresja. kilo baraniny w sklepie 40 dolarów. surowej. gotowej do jedzenia nie ma. kilo czeresni 40 dolarów. leje. benzyna w cenie europy, dwa razy wiecej niz w australii. 4 razy wiecej niz US. leje. meszki. cale fjordy nie maja dróg, sa niedostepne. meszki. leje. komary i baki w arktyce to zero w porównaniu do meszek. leje. zeby znalezc miejsce na noc, trzeba pojezdzic ze 2-3 godziny, wszedzie ploty i zakazy. wszedzie!!!!! aplikacje z miejscami do spania wysylyja wzystkich niemców na malutkie parkingi na 5 aut, stoi sie drzwi w drzwi, jak przed supermarketem. jak sie stanie z boku, to mandat. leje. meszki. nie mozna zagotowac wody bo meszki. i leje. trzeba przeskakiwac wyspe z poludnia na pólnoc, albo wschód zachód zeby nie lalo. n.z. jablka po 5 dolarów za kilo. te same jablka wszedzie indziej na swiecie po 1.50 dolara. aftershave za 50 dolarów w normalnym swiecie tam kosztuje 180.
    wszystkie mosty sa na jedno auto, poza Auckland. miasteczka wygladaja tak: bank, china takeout, empty store, second hand ze starymi smieciami, empty store, china takeout, second hand, bank and so on – kompletny upadek i depresja. pierwszy raz w zyciu kupowalem w second handzie. wejscie na gorace kapiele 100 dolarów. dwa razy psychopaci zagrazali mojemu zyciu (wyspa pólnocna, srodek-wschód), jeden z shotgunem. policja to ignoruje.
    co by tu jeszcze? jest pare dobrych rzeczy, wymieniam zle, bo NIKT tego nie mówi. bardzo latwo zarejestrowac auto, ubezpieczenia nieobowiazkowe i tanie. przeglad co 6 miesiecy. w morzu sie nikt nie kapie, poza surferami, zimno, prady. meszki doprowadzaja do obledu.nie ma na nie sposobu. wszedzie mlodociane adolfki. tysiacami. supermarkety, maja ich 3, sa tak zle,ze nie ma co jesc. marzy sie o powrocie do swiata i normalnym jedzeniu. ogólnie marzy sie o normalnym swiecie, caly czas odlicza dni do wyjazdu . w goracych wodach maja amebe co wchodzi do mózgu. no chyba ze sie zaplaci 100 dolarów za wstep, to mówia ze nie ma ameby

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *