X
Nepal, projekt transazja, relacje

Jej wysokość Annapurna

29 listopada 2015 8

Annapurna cieszy się złą sławą. W końcu to właśnie ona – razem z K2 i Nanga Parbat – stoi na niechlubnym podium wśród szczytów, na których ginie najwięcej ludzi. Mimo to niejeden śmiałek pragnie dotknąć jej stóp. Niemal pionowe ściany jej południowego oblicza budzą grozę, kiedy patrzę na nią z oddali, pochylona nad szarą moreną okrywającą jęzor lodowca spływającego ze stoków Annapurny.

Bogini okrutna, bogini łaskawa

Annapurna swoją nazwę wzięła od imienia bogini obfitości i urodzaju, którą utożsamia się z Parvati. Bogini ta była czczona za moc dostarczania pożywienia (nazwa szczytu w sanskrycie znaczy dokładnie „Wypełniona Pożywieniem”). Urok Annapurny przyciąga tu nie tylko himalaistów. Wokół masywu poprowadzono bowiem także trzy popularne szlaki trekkingowe: Annapurna Circuit, Annapurna Basecamp i Jomson Trek. My decydujemy się na wędrówkę szlakiem wiodącym do Annapurna Basecamp (ABC) w Sanktuarium Annapurny, ciągnącym się wzdłuż doliny Modi Khola.

Żegnajcie luksusy

Bladym świtem ładujemy swoje bagaże na dach busa i wąskimi uliczkami dzielnicy Thamel opuszczamy Katmandu, zanim miejsce to zacznie tętnić życiem. Nasz kierowca nie mówi dużo, ale i my nie zadajemy żadnych pytań. Snujemy domysły, czy jego wojskowy ubiór to pozostałość po służbie w elitarnym korpusie Gurkhów. Jedzie z nami jeszcze nasz przewodnik Kami oraz porter Aita. Twarz Kamiego szpeci poprzeczna blizna, co czyni jego twarz nieco przerażającą. Aita to drobny, wysuszony mężczyzna. Jego profesję zdradza wytarty ślad łysiny od noszenia ciężarów. Trudno uwierzyć, że człowiek tak wątłej budowy poniesie ponad 30-kilogramowy ładunek wypełniony szpejem.

Podróż dłuży się nam niemiłosiernie. Zapada mrok, kiedy dojeżdżamy do Nayapul. Żegnamy kierowcę i żwawym tempem zmierzamy do Birethani. Mimo późnej godziny wioska tętni jeszcze życiem. Liche żarówki oświetlają wnętrza małych sklepików i warsztatów zbudowanych z blachy falistej i bambusowych konstrukcji. Dzieciaki bawią się na nieutwardzonej drodze, którą co jakiś czas przebiegnie kura albo pies. W dole wzdłuż wioski huczy pienistą kipielą rzeka. Po 20 minutach marszu docieramy do Birethani na miejsce swojego pierwszego noclegu. Tea house to jedyny rodzaj zakwaterowania na szlaku w przedgórzu Himalajów. Ascetyczne i surowe wnętrza pokoi, na których umeblowanie składają się wyłącznie prycze z twardym materacem, przypominają bardziej cele zakonne aniżeli hotel, ale to zdecydowanie wystarczy, aby wypocząć. Doprawdy nie trzeba więcej, kiedy usypia nas jednostajny szum rzeki i odgłosy dżungli. W powietrzu czuć już bliskość Himalajów, ale ich majestat skrywa się jeszcze za zboczami potężnej doliny Modi Khola. Tutaj żegnamy się z luksusem w postaci ciepłego prysznica oraz ze względnie niskimi cenami. Następnego dnia nad kubkiem pożywnej i słodkiej masala tea (herbata z przyprawami i mlekiem) jeszcze raz rzucamy okiem na mapę i obliczamy deniwelację. Dopełniamy ostatnich formalności związanych z wejściem do Annapurna Conservation Area, okazując wyrobioną wcześniej przepustkę ze zdjęciem, i ruszamy w drogę do ostatniego bastionu cywilizacji w dolinie – Syauli Bazar. Moglibyśmy dotrzeć tam pieszo w ciągu czterech godzin, ale na razie wolimy oszczędzać siły – i dlatego pokonujemy ten odcinek samochodem. Dzięki temu, po półtorej godziny, meldujemy się  w miejscu, gdzie kończy się droga przejezdna dla aut, a zaczyna ścieżka wiodąca do Sanktuarium Annapurny. A zatem – ruszamy!

Życie w cieniu Himalajów

Kamienne płyty osuwają się w dół po zboczu doliny.Wzmagamy swoją czujność, bo słyszeliśmy o wypadkach śmiertelnych, kiedy to nieroztropny turysta stracił równowagę i zginął w potoku

Szlak rozpoczyna się szerokim chodnikiem z kamieni, prawie jak dobrze znana górska ścieżka w Tatrach, ale już pół godziny marszu w górę doliny zamienia się w wąską ścieżynę nad przepaścią. Pomimo że na szlaku nie ma żadnych trudności technicznych, trzeba uważać, gdzie stawia się nogę. Kamienne płyty dość łatwo osuwają się w dół po zboczu doliny. Wzmagamy swoją czujność, bo nieraz słyszeliśmy o wypadkach śmiertelnych, kiedy to nieroztropny turysta, zauroczony pięknem Himalajów, stracił równowagę i zginął w odmętach rwącego potoku. W ten właśnie sposób zaledwie kilka dni przed naszym przybyciem zginęła tu młoda Koreanka.

Przedgórze Himalajów na tej wysokości tętni jeszcze życiem. Ludzie żyją tutaj w pełnej harmonii z naturą. Uprawiają niewielkie poletka poukładane w mozaiki tarasów i hodują zwierzęta, przesiadują tłumnie na gankach swoich domów albo krzątają się po podwórzach. Kobiety piorą pochylone przy pompie, inne myją naczynia. Rozkrzyczane dzieci wracają ze szkoły. W klapkach albo trampkach zgrabnie przeskakują z kamienia na kamień. Zdumiona patrzę na ich akrobatyczne pląsy w takim lichym obuwiu i pochylając się, zerkam na swoje ciężkie trekkingowe buty. Mijają nas karawany bawołów i koni, które dźwigają worki z płodami rolnymi albo zaopatrzeniem sklepów. Zdaje się, że człowiek doskonale dostosował się do życia w górskich warunkach. Jedyny środek transportu to własne nogi obute w postrzępione trampki albo kalosze, ale tutaj nikomu się nie spieszy.

Pod koniec sezonu monsunowego niebo nadal jest pochmurne, a wilgotność powietrza dość duża. Nie są to warunki pogodowe sprzyjające wędrówce pod górę z ciężkim plecakiem. Z wielką ulgą zatrzymuję się przy niemal każdym wodospadzie, aby zmoczyć twarz. Woda na tej wysokości jest niezdatna do picia, ponieważ wyżej znajdują się wioski oraz pola uprawne. Z tego powodu, zanim się jej napijemy, wrzucamy do butelek tabletki z chlorem. A potem do owej mikstury dorzucamy jeszcze oranżadę w proszku, żeby nieco złagodzić niewyrafinowany smak napoju.

Pierwszy etap naszej wędrówki kończy się w wiosce Jihnu Danda, położonej na wysokości 1720 m n.p.m., gdzie docieramy po sześciu godzinach uciążliwego trekkingu. Zatrzymujemy się w malowniczo położonym tea housie – Jihnu Guest House. Widok z okna jadalni rozpościera się na dolinę, a z tarasu na dachu można już dojrzeć majestatyczne szczyty masywu Annapurna Himal: Annapurnę Południową i Fish Tail. Posilamy się popularnym w Nepalu daniem obiadowym– dal bhat– które składa się z ryżu, warzywnego curry i miseczki zupy z soczewicy (dal).Warto wybierać potrawy regionalne, bo wtedy mamy pewność, że posiłek wykonano ze świeżych składników. Ponadto potrawy typowo europejskie daleko odbiegają od nanych mi standardów. Stanowczo odradzam pizzę, która jest niezjadliwa ze względu na smak sera. Zamiast pizzy lepiej sięgnąć po tradycyjnie wypiekany chlebek Gurung. Ceny w Jihnu nie są jeszcze tak wysokie jak powyżej wioski Chomrong, więc z czystym sumieniem można sobie pozwolić na puszkę coli czy piwa.

Sanktuarium

Następnego dnia rano opuszczamy Jihnu i ruszamy dalej szlakiem, który biegnąc to w dół, to w górę, przypomina tor kolejki górskiej. Wąska ścieżka prowadzi przeważnie trawersem wzdłuż zbocza doliny, ale czasami trzeba zejść nad brzeg rzeki, aby pokonać wiszący most. Po trzech godzinach zatrzymujemy się na odpoczynek w Chomrong (2171 m n.p.m.), gdzie znajduje się ostatni duży sklep. Kami – nasz przewodnik – zachęca nas do zrobienia zakupów.

– To ostatni „supermarket” na szlaku – żartuje, odgryzając kęs pożywnego batona. – Wyżej towar noszą już tragarze, dlatego jest drożej.

Do Chomrong zaopatrzenie dociera na grzbietach osłów. Surowa reguła Sanktuarium zakazuje wprowadzania jucznych zwierząt, a także hodowli.  Ruszamy dalej i zauważamy, że obszar staje się znacznie mniej zaludniony. Znikają pola uprawne i pojawia się gęsty las porośnięty babmusem, dębami i rododendronami. Po niespełna półgodzinnym marszu od wioski Chomrong stajemy u wrót Sanktuarium i celebrujemy tę chwilę, łapiąc oddech w czasie krótkiego odpoczynku. Nie sposób przeoczyć kamiennej kapliczki i wielkiego szyldu informacyjnego. Kami wpatruje się w kolorowe pismo i oficjalnym tonem oświadcza, że na terenie Sanktuarium nie można skrzywdzić nawet muchy. Zabronione jest też spluwanie i załatwianie potrzeb fizjologicznych w niewyznaczonym do tego miejscu. Kto złamie tę zasadę, wywoła gniew bogini.

Po kolejnych dwóch godzinach docieramy do następnej wioski – Sinuwa – i zauważamy, że składa się ona wyłącznie z noclegowni i jadłodajni. Niema tu kobiet ani dzieci, a życie mieszkańców skupia się wyłącznie na obsłudze turystów. Niewielkie poletka uprawne, położone na tarasach zaopatrują hotelowe kuchnie w świeże składniki, ale hodowla i ubój zwierząt są tu zabronione. Zaletą panujących tu surowych reguł jest fakt, że woda płynąca w strumieniach jest całkowicie zdatna do picia. I dlatego od tej pory okropne tabletki z chlorem odkładamy głęboko do najdalszej kieszeni w plecaku.

Od tego momentu trekking do Sinuwy staje się znacznie mniej uciążliwy, bo droga wznosi się stopniowo w górę i miejscami biegnie bambusowym lasem, gdzie można odpocząć od słońca. W pewnym momencie Kami zrywa młody pęd bambusa i podaje do spróbowania. Bambus jest subtelny w smaku i chrupiący. Bardzo często można go spotkać w potrawie dal bhat.

Mijając kolejne wioski, dowiadujemy się więcej o tragicznym wypadku koreańskiej turystki, która straciwszy równowagę, wpadła do rzeki. Wysoki stan wody znacznie utrudniał poszukiwania, a w akcję ratunkową zaangażowano nawet śmigłowce. Niestety, ciało kobiety wyłowiono dopiero kilka dni później, kiedy woda opadła. Przerażeni tą opowieścią o potędze natury jeszcze bardziej roztropnie stawiamy kolejne kroki, szczególnie w miejscach, gdzie szlak biegnie bliżej rzeki albo ciągnie się nad przepaścią. Posłusznie ustępujemy miejsca grupie żwawych tragarzy, którzy w żółtych kaloszach albo klapkach przemieszczają się to w dół, to w górę, obładowani zaopatrzeniem do tea house’ów albo butlami gazowymi. Ładunki przenoszą w koszach ze słomy ryżowej, spoczywających na plecach portera, lecz mocowanych na jego głowie tradycyjnie za pomocą szerokiej taśmy. Doświadczonego tragarza można z resztą poznać po wyraźnie przerzedzonych włosach w miejscu, gdzie mocuje się kosz lub bagaż.

Późnym popołudniem docieramy do miejsca swojego drugiego noclegu – wioski Bambo, położonej na wysokości 2400 m n.p.m. Tea house’y w sezonie obsługują mężczyźni. Kobiety zostają poniżej granicy Sanktuarium, gdzie doglądają dobytku i wychowują dzieci. Po kuchni krząta się drobny kucharz i rozmawia z Kamim i Aitą. Ceny są tu znacznie wyższe, a standard usług wcale nie lepszy. Ciepły prysznic (a dokładniej mówiąc, wiaderko z gorącą wodą) to przyjemność, za którą trzeba już dodatkowo zapłacić. Ale kto szuka luksusów w takim miejscu jak Himalaje?

Nazajutrz, kiedy niebo pozostaje jeszcze bezchmurne, oszałamiające widoki motywują nas do dalszej wędrówki i dodają energii. Zachęceni przepięknym krajobrazem pragniemy jak najszybciej znaleźć się u kresu swojej wędrówki, by móc w pełni podziwiać majestat Himalajów. Zwiększamy tempo i zamiast zatrzymać się w Deurali na kolejny nocleg, tak jak planował przewodnik, ruszamy dalej. Szybko pokonując deniwelację, już trzeciego dnia trekkingu, po siedmiu godzinach marszu, docieramy do Machhapuchhare Basecamp (MBC), położonego na 3700 m n.p.m. Wyraźnie odczuwam wpływ rozrzedzonego powietrza na swój organizm, bo wędrówka sprawia mi coraz większe kłopoty. Niebo nad Machhapuchhare po południu zasnute jest chmurami. Pada lekka mżawka. To typowe warunki pogodowe dla końca sezonu monsunowego. Zaletą wędrowania o tej porze roku jest jednak stosunkowo mały ruch na szlaku oraz puste tea house’y.

Następnego ranka niebo w końcu się rozpogadza i naszym oczom ukazuje się najpiękniejsza góra świata* – Machhapuchhare. Ten malowniczy wierzchołek nosi też nazwę „Fish Tail”, ponieważ swym kształtem przypomina rybi ogon. Ze względu na charakterystyczny kształt nazywa się go też „Matternhornem Nepalu”. Góra znajduje się w masywie Annapurny i osiąga wysokość 6993 m n.p.m. Machhapuchhare przez Nepalczyków uznawany jest za świętą górę, poświęconą hinduistycznemu bóstwu Sziwie. Jedyna próba zdobycia szczytu w 1957 zakończyła się porażką. Od tamtego momentu górę uznano za świętą, a wspinaczkę zakazano, co wcale nie zahamowało rozwoju infrastruktury turystycznej w regionie. Machhapuchhare Basecamp to chyba najbardziej skomercjalizowane miejsce na szlaku. Schroniska oferują tu nawet możliwość skorzystania z Wi-Fi! Ale dla nas ważniejsze jest, że tylko 30 minut marszu w górę dzieli nas już od prawdziwego celu naszej podróży. Rankiem czwartego dnia wędrówki docieramy wreszcie do Annapurna Basecamp, położonego na wysokości 4130 m n.p.m.

Pierwszy był Herzog

Zatrzymujemy się w tea housie o nazwie Snowland Lodge & Restaurant. Budynek dzieli się na część mieszkalną i wielką oszkloną jadalnię ze świetlicą. Jedząc dal bhat i popijając masala tea, wlepiamy wzrok w malownicze krajobrazy. Widok z okien przeszklonej jadalni umożliwia nam na bieżąco śledzenie przetaczających się chmur i wypatrywanie dogodnego momentu, aby uwiecznić spowity w obłokach Fish Tail.

Dość szybko znajdujemy ślady polskich ekspedycji wspinaczkowych w postaci pamiątkowego napisu ułożonego z kamieni i beczek z logo polskiego sponsora. Sława polskich himalaistów nie blaknie do dziś, skoro nawet organizator naszej wyprawy wspomina żyjącą legendę kobiecego himalaizmu – Annę Czerwińską, dla której kiedyś pracował.

W basecampie znajdują się trzy schroniska (tea house’y) oferujące nocleg i wyżywienie w prostych i skromnych pokojach przedzielonych ścianą z dykty.Warunki są surowe, brak bieżącej wody (tylko kran z wodą do mycia rąk na zewnątrz), ale czego chcieć więcej w takim miejscu? Dość szybko znajdujemy ślady polskich ekspedycji wspinaczkowych w postaci pamiątkowego napisu ułożonego z kamieni i beczek z logo polskiego sponsora. Sława polskich himalaistów nie blaknie do dziś, skoro nawet organizator naszej wyprawy wspomina żyjącą legendę kobiecego himalaizmu – Annę Czerwińską, z którą miał okazję współpracować.

Maleńkie skupisko cywilizacji, w którym się znaleźliśmy, od zachodu i od północy otaczają szczyty masywu Annapurny. Masyw ten składa się z sześciu wierzchołków, w tym jednego z 14 ośmiotysięczników –Annapurny I. Najbardziej rozpoznawalne wierzchołki to Annapurna I i Annapurna Południowa. Annapurna I to pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty przez człowieka – w czerwcu 1950 roku na jej szczycie stanęła ekspedycja prowadzona przez Maurice’a Herzoga. Góra ta cieszy się jednak złą sławą. Do tej pory najtragiczniejszy w skutkach był rok 2012, który przyniósł 52 ofiary na 191 wejść zakończonych sukcesem. O zaginionych himalaistach przypominają tablice pamiątkowe oraz zdjęcia ofiar wetknięte między kamienie przy kapliczce obwieszonej flagami modlitewnymi.

Rozglądamy się dokoła. Od zachodu ciągnie się górny fragment doliny Modi Khola wypełniony moreną powierzchniową (materiałem skalnym transportowany przez lodowiec). Stając nad urwistym zboczem można usłyszeć pękający lód oraz kamienie osypujące się do szczelin. Jest to jedyny dźwięk przerywający ciszę w tym niezwykłym miejscu. Na południu z kolei majestatycznie wyłania się z chmur fotogeniczne oblicze Machhapuchhare, które, nie wiedzieć czemu, turyści zwykli fotografować z flashem z za okien schroniska!

Życie w base campie

W ABC wspólnie spędzamy tylko jeden dzień, gdyż nasza wyprawa się rozdziela. Ja relaksuję się w base campie, natomiast chłopaki wraz z przewodnikiem i porterem wyruszają na trzydniową wspinaczkę, by zdobyć pobliski szczyt Singu Chuli (6501 m n.p.m.). Żegnam ich, życząc powodzenia, i odprowadzam wzrokiem maleńskie sylwetki do momentu, aż znikną na tle szarych głazów niesionych przez lodowiec. Wieczory spędzamw jadalni, grzejąc się przy dzbanku masala tea i pogryzając tybetański chlebek gurung z miodem. Myślami łączę się z czteroosobową ekipą zmierzającą na himalajski szczyt. Owinięta w ciepły śpiwór trochę zazdroszczę im tej przygody. Szybko jednak znajduję towarzystwo i wdaję się w pogawędki z nowymi przybyszami. Prawie każdy przywędrował tu z przewodnikiem i tragarzem.Wyjątkiem okazuje się pewien Amerykanin, który dla utrudnienia cały szlak pokonał…boso. Zatopiona w notatkach mimochodem przysłuchuję się rozmowie młodego mężczyzny, który swoim wyglądem przypomina biblijnego proroka.

– Najgorsze były pijawki – mówi i wyciąga przed siebie pozaklejane plastrami stopy. – Ale mówię Ci, warto, bo przynajmniej nie mam odcisków – śmieje się. Zaciekawiona przyłączam się do rozmowy. Okazuje się, że brodaty Szwajcar oprócz trekkingu w Sanktuarium, ma w planach podróż rowerem do Indii. Simon zostaje w ABC najdłużej, więc nazajutrz umawiamy się na wspólny spacer po okolicy. Warto wspomnieć, że wypady poza basecamp bez zezwolenia i nadzoru przewodnika są zabronione pod groźbą wysokiej kary pieniężnej. Ponadto pogoda bardzo szybko się zmienia i bez znajomości terenu nawet niewinny spacerek może okazać się niebezpieczny.

Pogawędki z gośćmi tea hous’u to doskonałe źródło podróżniczych inspiracji. Himalaje jak magnes przyciągają ludzi ciekawych świata i przygód. Wieczorem dociera do nas informacja o odnalezieniu ciała koreańskiej turystki i radosna atmosfera przy stole nieco przygasa. Oprócz spacerów po okolicy i inspirujących rozmów z podróżnikami wolny czas w pełni poświęcam na wypoczynek, czytanie książek oraz wewnętrzne wyciszenie w obliczu majestatu gór Sanktuarium Annapurny. Przycupnięta na ciepłym głazie wsłuchuję się w odgłosy pękającego lodowca i kamiennych lawin.Wpatruję się w kierunku Singu Chuli z nadzieją, że wypatrzę cztery kolorowe punkciki wracające ze szczytu. Na próżno. Dopiero czwartego dnia kontemplację nad kubkiem herbaty przerywa mi jeden z właścicieli sąsiedniego tea house’u.

Himalaje 2013 (77)

Singu Chuli Polish Expedition 2013, od lewej Kuba, Kami, Aita i Łukasz

– Idą! – krzyczy rozentuzjazmowany, bo widocznie tak jak ja kibicował tej niewielkiej wyprawie. Z niedowierzaniem kieruję się ponad krawędź urwiska, bo mężczyzna widzi tylko na jedno oko.

– O, tam! – wskazuje ręką. –Widzisz? Są przy tamtym głazie! Za godzinę będą na miejscu – uśmiecha się i poklepuje mnie po ramieniu. Rzeczywiście, cztery kolorowe plamki przesuwają się powoli po przeciwległym zboczu doliny. Ostatnią noc spędzamy już w komplecie. Chłopcy są zmęczeni, ale chętnie opowiadają o swojej wyprawie, mimo iż zakończyła się ona niepowodzeniem. Do szczytu zabrakło zaledwie 300 metrów, ale nagłe załamanie pogody zmusiło ich do odwrotu.

Wyobraź sobie, że jesteś w saunie i dźwigasz na plecach 15 kg. Następnie wyobraź sobie, że w takich warunkach wchodzisz po schodach na 30 piętro PKiN. Tak mniej więcej wspominam zmęczenie fizyczne na szlaku przedgórza Himalajów.

Nazajutrz wracamy na szlak do Nayapul. Drogę powrotną pokonujemy w zawrotnym tempie: czterodniowa trasa zajmuje nam tylko dwa dni. W rezultacie jeszcze tego samego dnia docieramy do Jihnu, gdzie w końcu możemy wziąć ciepły prysznic przy gorących źródłach, nie zważając na czyhające w zaroślach pijawki. Porter i przewodnik nie podzielają naszego entuzjazmu. Wiedzą, że jeśli nasza wyprawa wcześniej się skończy, dostaną o dwie dniówki mniej wynagrodzenia. Gdy informujemy ich o swoich ambitnych planach szybkiego powrotu, Kami kręci głową, a Aita smutno się uśmiecha. Zaciskam zęby i nie pamiętam już czy to pot czy łzy, a może wszystko razem ścieka mi po twarzy. Wędrówka powrotna jest nie mniej męcząca niż wejście do Base Campu, gdyż szlak trawersuje zboczem doliny i czasami trzeba ponownie wdrapać się pod górę. Wyraźnie czuć ustępowanie pory monsunowej. Powietrze jest ciężkie, wilgotne i ciepłe. Wyobraź sobie, że jesteś w saunie i dźwigasz na plecach 15 kg. Tak mniej więcej wspominam swoje odczucia na szlaku przedgórza Himalajów.

Drugiego dnia ekspresowej wędrówki moje stawy zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Ostatni odcinek trasy z Birethani do Nayapul pokonuję niemal ze łzami w oczach, ale nie marudzę. Kiedy jednak moim oczom ukazują się strome schody wiodące z wioski na przystanek autobusowy, coś we mnie pęka i autentycznie tracę cierpliwość. Sytuację ratuje zimna butelka coli oraz siedzące miejsce na murku przy drodze w oczekiwaniu na autobus do Katmandu. Podróż powrotna ciągnie się w nieskończoność. Głośna muzyka z głośnika zawieszonego tuż nad głową nie pozwala zasnąć. Zamykam oczy i przywołuję w pamięci obrazy z wędrówki: niebieskawe cienie na stokach Annapurny kontrastujące ze złotymi plamami wschodzącego słońca oraz chmury kłębiące się wokół zjawiskowego szczytu Fish Tail. Na chwilę zamiast rytmicznej muzyki rodem z filmu z Bollywood słyszę ponownie szum potoku w dolinie Modi Khola. Te obrazy, dźwięki i zapachy na długo pozostaną w mojej pamięci. Cóż więcej mogę powiedzieć: zobaczyć Himalaje na własne oczy i zbliżyć się do najwyższych gór świata to niezapomniane przeżycie.

Himalaje 2013 (110)

„Kathmandu Express”


*O tym, że Fish Tail to Najpiękniejsza Góra Świata zadecydowało jury Klubu Podróżników Śródziemie, przyznając nam drugą nagrodę w konkursie fotograficznym 🙂

**Powyższy tekst w rozszerzonej formie znajdziecie również w październikowym numerze magazynu „n.p.m.” z 2014 roku.

Poczytaj więcej na blogu o całej wyprawie Azja Express.

Przeczytaj też...

0

Jest 8 komentarzy

  • Marcin W napisał(a):

    Wspaniała relacja i niesamowity trekking, a przy tym tyle przemyconych historii! Czytało się z wielkim zainteresowaniem. Ciekaw jestem, jak mi by poszło, gdyż na 4000 metrów mam już dosyć mocny bezdech.

    • Hanging around in Asia napisał(a):

      Ja podobnie jak przedmówca. Do tej pory pamiętam „marną” Wyżynę Armeńską i nawet jak piszę te słowa, to od razu robi mi się niedobrze ;). Ten kawałek mnie ciekawi, bo w sumie praktycznie nie wspominasz o chorobie wysokościowej za wyjątkiem tego, że x krotnie osłabia kondycję. Czy to jest tak, że niektórzy ludzie doświadczają tylko braku formy, a nie mają tej fali mdłości i jakby przeniesienia do innego wymiaru doświadczania? Ja pamiętam takie halucynogenne stany, a byłam na dużo mniejszych wysokościach…

  • Agnieszka napisał(a):

    Jestem pod wielkim wrażeniem! Marzy mi się taka wyprawa, a góry wprost uwielbiam! A z przyrodą tak jak to zostało opisane w poście, nie ma żartów. Na takiej wysokości pomoc szybko nie przybędzie więc trzeba być „ogarniętym” 🙂

  • Monika napisał(a):

    Taki trekking jest zdecydowanie na mojej podróżniczej liście marzeń 🙂
    Trochę mnie przeraża ewentualna choroba wysokościowa i to jak jest nieprzewidywalna – miałam niestety przykre doświadczenia w Peru.
    No i faktycznie trzeba wszędzie uważać, czasami wystarczy jeden nieostrożny krok i się leci.
    Raz mi się zdarzyło pośliznąć na skraju przepaści, złapałam równowagę, ale mocno się przestraszyłam – teraz jestem dwa razy bardziej ostrożna.

  • Iz | 47 Prefektur napisał(a):

    Moje pierwsze myli brzmiały: „Jezu Chryste, gdzie oni się wybierają?!”
    Cała wyprawa brzmi świetnie, ale chyba wolę o niej czytać (dlatego brawa dla Was, że to wszystko zrobiliście!), niż sama się na taką wybrać. W tym przekonaniu utwierdził mnie na dobre…. most wiszący. Mam cholerny, ale to wręcz niesamowity lęk wysokości… także moi drodzy, chapeau bas! 🙂 🙂

  • biuro podróży napisał(a):

    Podziwiam za wytrwałość. Jestem pod wrażaniem gdy czytam o ludziach, którzy lubią aktywny wypoczynek 😛

  • CzasMotyli napisał(a):

    Gratuluję odwagi…mi na razie wystarczy czytanie i podziwianie zdjęć!

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *