X
Argentyna, Indie, Mongolia, Norwegia, Nowa Zelandia, Polska, relacje

6 wspomnień z podróży na 6-lecie bloga

11 lutego 2017 11

Kartka z Podróży - 6 lat bloga

Zaczęło się dość niewinnie. Ot, młodzieńcza fascynacja światem i chęć spełnienia dziecięcych marzeń. Po sześciu latach prowadzenia bloga oraz eksplorowania bliskich i odległych zakątków globu mamy inne spojrzenie na świat. Myślę, że dojrzalsze. Wojaże oraz praca w międzynarodowym środowisku pomogły nam nabrać ogłady w komunikacji, stać się bardziej tolerancyjni, otworzyć się na innych. Stykając się z przedstawicielami różnych kultur, wyznań, warstw społecznych i grup etnicznych zrozumieliśmy, że w globalnej wiosce, której jesteśmy ambasadorami, należy szukać kompromisu i dialogu, zamiast pleść pajęczynę niezgody.

Wybraliśmy dla Was sześć historii, które wydarzyły się przez ostatnie sześć lat i których byliśmy świadkami lub uczestnikami. Napiszcie, która wywarła na Was największe wrażenie. Czy może przydarzyło Wam się coś podobnego?

1. Trzęsienie ziemi (Nowa Zelandia)

Jeśli masz coś zrobić jutro, zrób to dzisiaj,
bo jutro możesz nie mieć okazji.

Jednym z najbardziej traumatycznych doświadczeń przeżytych przez nas wspólnie w trakcie podróży było trzęsienie ziemi w Christchurch, stolicy Wyspy Południowej. Na tyle dotkliwe, że utwierdziło nas w przekonaniu prowadzenia bloga Kartka z Podróży. Nowa Zelandia leży w strefie dużej aktywności sejsmicznej – pacyficznym pierścieniu ognia. Dla lokalnych mieszkańców drobne wstrząsy w środku nocy, które ogłupiają błędnik i wyrywają ze snu, wypełniają rutynę dnia codziennego. Do czasu.

Kilkanaście minut po przerwie na lunch zaczęło się. Początkowo nieśmiałe drgania, które na klawiaturę rozlały gorącą herbatę z dodatkiem hibiskusa, z czasem nabrały werwy i kiedy z sufitu duży kawałek tynku wpadł do leżącego przy mojej nodze otwartego plecaka, a szuflady zaczęły mimowolnie wysuwać się rozrzucając wnętrzności na świeżo odkurzony dywan, schowałem się pod biurko. Seria długich i intensywnych wstrząsów trwała prawię minutę. Wystarczyło, żeby spokojne i zorganizowane miasto na południu kraju zamieniło się w gruzowisko.

Cała centralna część miasta przykryły tumany kurzu, które przeszywały dźwięki syren, wycie alarmów samochodowych i skomlenie psów. Obraz niczym z Apokalipsy św. Jana. Zabraliśmy z domu cokolwiek leżało pod ręką i wraz z innymi mieszkańcami miasta rozpoczęliśmy trwający wiele godzin eksodus poprzez pył powoli osiadający na popękane mosty, zalane ulice, zasypane przejścia, potłuczone samochody. Christchurch już nigdy nie będzie takie samo. Dlatego jeśli masz coś zrobić jutro, zrób to dzisiaj, bo jutro możesz nie mieć okazji.

Kartka z Podróży - Trzesienie ziemi w Christchurch

Relacja na blogu z wydarzeń w 2011:

— Łukasz

2. Pęknięta oś (Mongolia)

Brak żywej duszy, o zasięgu telefonicznym można zapomnieć,
zapas wody wystarczy na jeden dzień.

Pustynia Gobi onieśmiela pięknem i złożonością form terenu. Jadąc po wyboistej drodze w górzystym terenie, jakieś 30 kilometrów od wydm, które majaczą już na horyzoncie, słyszymy nagle zgrzyt, metaliczny stukot i momentalnie podłoga pod nami zaczyna falować, aż nogi podskakują do góry. W jednej chwili cały samochód wypełnia się kurzem i zarzuca nas silnie na bok. Kierowca momentalnie traci panowanie nad kierownicą, a samochód w ułamku sekundy obraca nami w środku o 180 stopni przy pełnej prędkości, co powoduje wzniesienie pustynnego pyłu.

Kiedy auto z jękiem staje a tumany kurzu opadają, wyskakujemy we trójkę z samochodu, a naszym oczom ukazuje się wyrwane koło i wygięta oś. Dambee, jak na typowego Azjatę przystało emocji raczej nie okazuje, jednak teraz stoi z załamanymi rękami szepcąc coś żałośnie pod nosem. Po wstępnym oględzinach szkody wyjmuje kartkę i zaczyna coś na niej skrupulatnie i pośpiesznie spisywać. Najpewniej testament – mówię z lekko zgorzkniałą miną i sugeruje nam to samo. Nie wygląda to najlepiej i raczej już dzisiaj nigdzie nie pojedziemy.

Rozsiadamy się na dywanie rozłożonym na ziemi oraz popijamy gorycz i zwątpienie przestudzoną już lekko herbatą. Pomimo iż co chwila jakiś wisielczy żart ciśnie się na usta, żadne z nas nie odważy się skomentować zaistniałej sytuacji. Brak żywej duszy, o zasięgu telefonicznym można zapomnieć, zapas wody wystarczy na jeden dzień. Dookoła tylko płaski lub pofalowany pustynny krajobraz, który leniwie ciągnie się aż po horyzont. Nie wiemy, jak długo będziemy naprawiać starego UAZa.

Wypadek na pustyni Gobi

3. Samotne wejście (Argentyna)

Aconcagua nie jest kolejną górą, na którą się wchodzi,
którą się zalicza.

Wyprawę zorganizowałem samodzielnie w 2015 roku, w okresie przypadającym na największą aktywność El Niño. Po wielu tygodniach przygotowań i zmagań w surowym górskim klimacie 15 grudnia postawiłem stopę na wierzchołku, skąd widać już tylko nieboskłon i przepastne przestrzenie Oceanu Spokojnego. Pod wielkim wrażeniem przedsięwzięcia oraz z bagażem nowych doświadczeń zacząłem spisywać swoją historię. Pisałem, pisałem… i nazbierało się materiału na całą książkę, która niebawem zostanie wydana i pojawi się w sprzedaży.

Dla mnie Aconcagua jest „Śnieżnym Strażnikiem”, w którego cieniu wszystkie wyrzeczenia i zmagania podczas akcji górskiej nabierają głębszego charakteru. Aconcagua nie jest kolejną górą, na którą się wchodzi, którą się zalicza. Jest czymś więcej. Pozwala przeżyć wyprawę w charakterystyczny sposób, wypełniający plecak podróżnika o bagaż nowych, niezapomnianych do końca życia doświadczeń. O tym wszystkim postaram podzielić się w książce, nie pomijając najmniejszych szczegółów.

Łukasz Kocewiak - Aconcagua - w cieniu Śnieżnego Strażnika

Na blogu o wyprawie na Aconcaguę:

— Łukasz

4. Ślub (Indie)

Mnogość i różnorodność wrażeń zmysłowych oraz tajemnicze rytuały zaślubin czynią wyprawę do Indii niezapomnianym przeżyciem.

Mieliśmy szczęście, że pretekstem wyjazdu do Indii był ślub Yasha, znajomego ze studiów. Dzięki temu mogliśmy z bliska przyjrzeć się kulturze uczestnicząc w rytuałach ślubnych, co niewątpliwie było cennym doświadczeniem. O Indiach nie zapomnę też ze względu na mnogość i różnorodność wrażeń zmysłowych: nasycone kolory, egzotyczne smaki, zapachy przypraw i kadzideł. Z fascynacją przyglądałam się skomplikowanym procedurom przygotowań do ożenku.

Czułam się wyjątkowo, bo wzięcie udziału w pięknej i tajemniczej dla „obcego” świadka ceremonii, było dla mnie ogromnym zaszczytem. Nie zapomnę uczucia, kiedy ubrana w ciężkie od złocistych haftów sari dumnie pozowałam do oficjalnego zdjęcia ślubnej pary. Uśmiechałam się jak zahipnotyzowana, chociaż cekiny bezlitośnie wbijały się w skórę. Wniknięcie w świat tak zupełnie inny, tak obcy i przez to właśnie – fascynujący – jest i pewnie do końca życia pozostanie jednym z najpiękniejszych podróżniczych doznań.

Kartka-z-Podrozy-Hinduski-Slub-L-Kocewiak

5. Upadek (Norwegia)

Niektóre przygody pozostawiają trwały ślad w pamięci – czyli w głowie, inne na głowie.

Większość wspinaczkowych przygód pozostawia ślad w głowie, tylko ta jedna na głowie – pomyślałam, kiedy wychwyciłam kątem oka różową bliznę biegnącą przez środek głowy Łukasza. Ładna mi pamiątka z Norwegii przywieziona zupełnie bez okazji, chociaż wypadek zbiegł się z bojkotowanymi przeze mnie Walentynkami. Dlaczego piszę o tym ja – ta, która wiedziona instynktem samozachowawczym nie pakuje się na kilkudziesięciometrowy lodospad? Bo wielokrotnie pytano mnie co czuję, co myślę, kiedy Łukasz wyjeżdża się wspinać. Pamiętam, że tamtego szczególnego dnia po raz pierwszy nie bałam się o niego.

Ten lęk jest irracjonalny i nie służy nikomu – podpowiadał mi rozsądek. Niewinny bulgot niepokoju wdarł się dopiero pod koniec dnia, kiedy spodziewałam się odpowiedzi „to super” na wiadomość o zwycięstwie Polaków w meczu siatkówki; albo „żyję, wracam”. Telefon Łukasza milczał. Zmysł śledczego internetowego doprowadził mnie do informacji o wypadku, zanim poinformował mi mnie Łukasz, kiedy jeszcze tego samego dnia odbierałam go z dworca kolejowego. Kulejący, ze świeżymi strupkami tu i tam, z pękniętym kaskiem naznaczonym śladami klęski, a mimo wszystko zwycięski, bo żywy; sylwetka człowieka z plecakiem na tle rozświetlonej hali dworcowej – ten obraz noszę w pamięci do dziś, tak jak Łukasz nosi swoją bliznę.

Czy wypadek w Storskaråsen zmienił moje nastawienie do wymagającego hobby partnera? Nie, nadal nie zamartwiam się, gdy realizuje coraz to ambitniejsze projekty wspinaczkowe. Wiem jednak, że każde z nas wyniosło lekcję. Łukasz przygotowując się do kolejnych wypraw szczegółowo analizuje wszelkie czynniki ryzyka; a ja zrozumiałam, że jestem w stanie zachować zimną krew nawet w tak kryzysowej sytuacji, jak opieka nad potłuczonym mężem (-:,

Wypadek wspinaczkowy w Norwegii

Na blogu Kartka z Podróży:

— Patrycja

6. Poza zasięgiem (Polska)

Dla odmiany czasem warto wskoczyć w ciepły śpiwór i ponieść się zimowej zadumie, kontemplując to zaśnieżony krajobraz za oknem, to gorejące wnętrze pieca.

Wystarczyło raz a porządnie wystraszyć się majowej burzy, żeby szybko zbiec z gorczańskich stoków prosto w ramiona Agaty, uroczej Góralki z Ochotnicy Górnej, która spontanicznie ugościła nas w swojej bacówce na Przysłopie Holina. Nienasycona pięknem tego miejsca przysięgłam w duchu, że jeszcze kiedyś wrócę. Widocznie istnieją obszary działające jak magnesy. Kumuluje się w nich magiczna grawitacja, silniejsza od świadomości nieodkrytych plam na własnej mapie świata.

I dotrzymałam słowa – wróciliśmy. Tym razem na dłużej i w sezonie zimowym. Podczas gdy cała Polska tonęła w ponurych szarościach, my trafiliśmy do scenerii z kalendarza ściennego na styczeń. Ilość lśniącej bieli zrekompensowała wszystkie bezśnieżne Święta Bożego Narodzenia. Surowe warunki życia w prostej chacie i geograficzne położenie Holiny odcięły nas od wszelkich codziennych trosk. Do naszych „obowiązków” należało jedynie rozpalenie w piecu, przygotowanie ciepłego posiłku, przyniesienie wody ze źródełka, narąbanie drzazg na rozpałkę albo odśnieżenie ścieżki do kibelka. I przyznam szczerze, że detox w przytulnej pustelni na gorczańskiej polanie okrytej puchem śniegu, z widokiem na Tatry to przeżycie niemniej radosne i budujące niż wspomniane powyżej przygody. Może po prostu czasem warto dla odmiany zakopać się w ciepłym śpiworze i ponieść się zimowej zadumie wpatrując się to w zaśnieżony krajobraz, to w gorejące wnętrze pieca.

Kartka z Podróży - Gorce w zimie

— Patrycja

Przeczytaj też...

2

Jest 11 komentarzy

  • Szymon Podróżnik napisał(a):

    Na mnie chyba największe wrażenie zrobiło trzęsienie ziemi. Może dlatego, że w naszych warunkach wydaje się bardzo abstrakcyjne. A może dlatego, że w jednej chwili miasto zamienia się w gruzowisko…

    • Łukasz Kocewiak napisał(a):

      Tak, błędnik szaleje, organizm nie wie, jak reagować. Wcale mi się nie przykrzy za trzęsieniami ziemi. Myślę, że w naszej części świata naprawdę nie mamy powodu, żeby narzekać na zagrożenia ze strony natury.

  • 6 lat to kawał życia, ludzie często krócej pracują w jednym miejscu, a Wy już tak długo piszecie bloga. Gratuluję.
    A kiedy piszecie o spokoju od świata w Gorcach to mnie się przypomina wiele weekendów spędzonych w polskich górach bez Internetu, ze znajomymi, ciesząc się pięknem przyrody, towarzystwem i po prostu żyjąc. Siedząc w Estonii to za górami właśnie mi tęskno i za tymi wyjazdami – tutaj jest zupełnie inna kultura spędzania czasu wolnego, no i Estończycy są uzależnieni od Internetu:-))

    • Łukasz Kocewiak napisał(a):

      Z podobnym spokojem, tj. bez światła, zasięgu, internetu, spotkałem się np. w górach w Afganistanie, na pustyni Gobi. Jednakże nie byłem w stanie w pełni się odprężyć, ponieważ brak znajomości otoczenia i tylko względne poczucie bezpieczeństwa wymagały wzmożonej czujności.

      Natomiast w miejscu, które dobrze znam, gdzie mogę przewidzieć zachowania ludzi, mogę w pełni oddać się relaksowi i głębokiemu wyciszeniu. Gorce stanowią właśnie mekkę spokoju i komfortu. Kiedy następnym razem w góry?

      • Rozumiem z tym Afganistanem.
        Dla Ciebie Gorce, dla mnie Pieniny i Beskid Sądecki są takim znanym mi azylem spokoju.
        W góry chciałbym jak najprędzej, ale finanse wolontariusza EVS nie pozwalają na częste powroty do Polski. Potajemnie powiem, że w kwietniu wracam na kilka dni, potem najpewniej w lipcu będę w Warszawie przez tydzień, a potem chyba we wrześniu, kiedy skończę swój projekt tu na miejscu. No chyba, że dopadnie mnie strzała amora i zakocham się w Estonii;-)

  • Niesamowite macie te wspomnienia podróżnicze. Prowadząc podcast o podróżnikach, często pytam ich o niebezpieczne sytuacji, jakie ich napotkały w trakcie wielu dalekich wyjazdów, jak choćby podroży dookoła świata. Wszyscy jednym chórem zapewniają, że nie ma się czego bać i nigdy nic specjalnie niebezpiecznego ich nie spotkało. A tu proszę, u Was, aż roi się od niebezpieczeństw 😉 Jednak, co przeżyliście to Wasze, a ja cieszę się, że wszystko to przelewacie na bloga bo lubię Was czytać 🙂

  • Magdalena napisał(a):

    No trzęsienie ziemi jest czymś co na pewno zapadło w pamięć mega i wcale się nie dziwię, że zajmuje numer jeden. Zawsze będąc w Mołdawii, aktywnej sejsmicznie, właśnie tego się obawiam. Że meblościanka spadnie na mnie i dzieci w czasie snu .-)

  • Szymon napisał(a):

    fajnie to podsumowaliście! ja niedawno obchodziłem 3. rocznicę blogowania i nie wpadłem na to, żeby zrobić coś podobnego… 🙂

  • julia napisał(a):

    Podsumowanie – ciekawe. Ale przeżycia to dopiero coś. Pamiętam jak pisaliście o Nowej Zelandii…

  • Super ciekawa fotorelacja oraz cały opis podróży, miło się czytało 🙂 Pozdrawiam 🙂

  • Ewa napisał(a):

    Wspomnienia to coś, czego nikt nigdy Wam nie odbierze. To piękne. Nawet jeśli wydarzenia, które je kreują, są trudne, niebezpieczne to przetrwaliscie, a co zostało w Waszych sercach – to Wasze. Pozdrawiam i sto lat blogowi życzę 😉

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *